Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje (Mt 26, 26)

Prowadząc rekolekcje w Magdalence wybrałem temat związany z ludzką kondycją każdego z nas, zarówno zdrowego jak i chorego. Każdego dnia spotykaliśmy się z Bogiem na modlitwie medytując, co znaczy, że jesteśmy pobłogosławieni, połamani i przeznaczeni do tego, by dawać siebie innym. Zamieszczam poniżej wprowadzenie do pierwszej medytacji:

Temat: Dotknięty ręką Jezusa. Wybrany przez Boga.

Mozaika przedstawiająca symbole chrześcijańskie: chleb i ryby.
Tematem tej medytacji jest zatrzymanie się nad pierwszym gestem Jezusa w czasie ostatniej Wieczerzy. Mateusz opisuje wieczerzę Jezusa z uczniami bardzo lakonicznie: Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje (Mt 26, 26). W tej modlitwie chcemy się zatrzymać nad gestem Jezusa, który bierze chleb w swoje ręce. Brać coś w swoje ręce, tak jak to wiemy z własnego doświadczenia, oznacza wpierw zwrócenie uwagi na coś. Zazwyczaj nie bierzemy w ręce rzeczy w sposób przypadkowy. Niektórzy z Was wiedzą bardzo dobrze jaki to wysiłek wziąć coś w swoje ręce. Czasem pewnie zastanawiacie się nad tym dwa razy, by nie tracić niepotrzebnie sił. Z latami wzrasta w nas mądrość w wybieraniu rzeczy, w szukaniu i znajdowaniu tego, co nam bardziej pasuje i odpowiada. Co oznacza ten gest Jezusa, który wziął w swoje ręce chleb? Wziął chleb, ponieważ go wybrał jako formę, w której chciał pozostać z nami. O tym przypomina nam każda Eucharystia, każde wzięcie chleba przez kapłana w swoje dłonie i cud przeistoczenia w ciało Jezusa. Tak, wiemy o tym dobrze i czasem, gdy może jesteśmy trochę mniej rozproszeni w czasie Mszy pamiętamy o tym. Ale wydaje mi się, że ten gest możemy również odnieść do nas samych. Ten gest Jezusa, który wyraża głęboką i szczerą miłość jest również gestem skierowanym bezpośrednio do nas. To Jezus biorąc i wybierając chleb, bierze i wybiera tak naprawdę nas, bierze nas w swoje dłonie takimi jakimi jesteśmy.


Żeby zrozumieć tę myśl lepiej zatrzymajmy się krótko nad sensem wybrania. Dobrze wiemy, co to oznacza w świecie. Być wybranym, to znaczy być kimś szczególnym, być bohaterem, być na świeczniku, zajmować pierwsze miejsca, cieszyć się najlepszymi zaszczytami i przywilejami. Ale znamy równie dobrze drugą stronę medalu. Świat potrafi tak samo wybierać i zaszczycać jak i odsuwać w cień i poniżać. Oto pełna prawda
o byciu wybranym tak, jak to rozumie świat.
Być wybranym to wielki zaszczyt ale i zagrożenie. Bo dziś mogę być bohaterem, a jutro nikim. Być wybranym to często z jednej strony być ubóstwianym a z drugiej być wystawionym na ludzkie manipulacje. Moja wartość zależy wyłącznie od oceny drugiego, od mody, od zmieniających się trendów...

 

Ale na szczęście jest jeszcze inne wybranie. Boże wybranie. Jakże bardzo różni się ono od wybrania przez świat. To wybranie zawsze ma tylko jedno przesłanie i nigdy nie oznacza żadnego niebezpieczeństwa. Oznacza schronienie, oznacza życie i radość. Zawsze, kiedy czuję się wybranym przez Boga mogę usłyszeć Jego czułe słowa szeptane mi do serca: "Tyś jest mój Syna, moja Córka umiłowana, w Tobie mam upodobanie". Jest to wybranie całkowicie bezwarunkowe, niezależne od tego, co ma do powiedzenia o mnie świat. Oznacza wolność bo mogę żyć w wolności od ludzkich opinii wierząc i stawiając w centrum miłość Boga do mnie. Moja wartość również nie zależy ode mnie samego, od moich opinii, które mogą przecież tak bardzo się zmieniać w zależności od mojego samopoczucia, humoru, od tego, czy coś mi wyszło dobrze czy źle. Ani świat ani ja sam nie mogę być punktem odniesienia dla siebie. Jedynym takimi punktem jest Bóg. Co więcej to jedyny prawdziwy punkt odniesienia. Tylko Bóg potrafi spojrzeć na mnie z miłością. Być może macie doświadczenie przyjaźni i z zaskoczeniem odkrywaliście, że prawdziwym przyjacielem jest ten, kto potrafi na was spojrzeć z miłością, dobrocią, z akceptacją. To spojrzenie, które przywraca siły do życia, budzi wiarę w to, że jesteśmy dobrzy, że umiemy kochać... Właśnie w ten sposób Bóg zawsze patrzy na nas.

Z miłością. Jego wybraństwo oznacza dla nas pełnię życia, to że możemy się poczuć wybrani wszyscy, poczuć jedno jako jedna rodzina dzieci Bożych. To wybraństwo, które z jednej strony scala i jednoczy nas od wewnątrz, w najbardziej intymnym wymiarze naszego istnienia.
Z drugiej strony łączy i jednoczy nas między sobą. Bo bycie wybranym przez Boga nie jest powodem do współzawodnictwa, ale do wzajemnej miłości i radości z tego, że inni również są wybrani, że również są umiłowani.

 To właśnie o to modlił się Jezus: "Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś"
(J 17, 21n).

Boże wybraństwo i przyjęcie go sercem zmienia nas samych i zmienia nasze patrzenie na innych. Przestajemy oceniać, sądzić, czuć zawiść bo odkrywamy, że Bóg do głębi nas ukochał i nie tylko nas ale i innych. Uczymy się rozumieć swoje błędy, akceptować je i przebaczać sobie, bo odkrywamy w naszym sercu źródło miłosierdzia i przebaczenia, Bożego przebaczenia i tym przebaczeniem chcemy się dzielić z najbliższymi, w rodzinie, tam gdzie pracujemy, studiujemy.

Niech ta medytacja będzie dla każdego i każdej z nas takim rozpoznaniem bycia wybranym, wziętym w ręce Boga i dotkniętym z czułością i miłością przez Niego. Mam pełne prawo by powiedzieć sobie wbrew wszelkim opiniom, wbrew mojej być może niesprzyjającej lub trudnej sytuacji życiowej: żyję dlatego, że jestem wybrany/a przez Boga. To jest centrum mego życia duchowego, moja wewnętrzna walka o to, by rozpoznać swoją godność i wartość, niezależnie od opinii ludzkich, niezależnie od serca, które często oskarża mnie samego. Ale przecież jeśli nawet nasze serca nas oskarża, Bóg jest większy od niego. Jego miłość jest większa niż jakakolwiek ludzka słabość. Oto Dobra Nowina!
o. Dariusz Michalski SJ

Niepełnosprawni

Jest scena w Ewangelii opisująca uzdrowienie sparaliżowanego (Mr 2,3-12). Czwórka przyjaciół rozbiera dach, aby bezwładne ciało chorego znalazło się blisko Chrystusa.
Myślałam o tym, po powrocie z Magdalenki. Brzmią mi w uszach słowa jednego z uczestników rekolekcji, mężczyzny na wózku, który na pytanie dlaczego czegoś nie robi odpowiedział: "nie mam człowieka ..." (J 5,7). Słyszę także słowa osoby zdrowej, która mówi, że to sprawa chorych, czy spotkają się z Bogiem czy nie. My - zdrowi możemy ich tylko przynieść...

Dwa punkty widzenia, dwie perspektywy, dwie twarze tej samej niepełnosprawności w obliczu Boga i bliźniego. Te dwa spotkania były jak dotknięcie jednej i tej samej rany. To także moja rana, moja własna słabość. Człowiek, zwłaszcza chory, cierpiący chce mieć drugiego człowieka, ale człowieka nie można mieć. I nie człowieka potrzebuje chory, ale wsłuchania się w słowa Jezusa - "weź swoje łoże i idź". Pełnia życia i zdrowia nie ma nic wspólnego  z posiadaniem drugiego, którego tak chętnie zawłaszczamy, zwłaszcza kiedy coś nam dolega.

Samotność w cierpieniu może być miejscem głębokiego spotkania z Chrystusem, jeśli zrezygnujemy z pragnienia posiadania i otworzymy całą swą samotność na Boga. Nie chodzi o rezygnację z kontaktów z ludźmi, ale o odrzucenie niedorzecznego roszczenia do posiadania drugiego człowieka. Należy mi się on, ponieważ cierpię! Nie ma takiego prawa. Drugi człowiek zawsze jest łaską, a nie należną mi daniną. Najpierw mamy szukać obecności Chrystusa, dopiero potem, w jej świetle wolno mi korzystać z daru obecności drugiego człowieka.

Z drugiej strony, jako zadowoleni z siebie "nosiciele noszy" jesteśmy także boleśnie niepełnosprawni. Jakże daleko nam do ewangelicznych przyjaciół chorego, dzięki którym mogło dojść do jego spotkania z Chrystusem.

Doszło do tego spotkania, ponieważ chorego przynieśli PRZYJACIELE, a nie ludzie życzliwi, lecz obojętni, zajęci własnymi dobrymi uczynkami. Przyjaciele, gotowi dla chorego do czynów szalonych, niecodziennych, do rozebrania dachu, do narażenia się na drwinę i śmieszność, ryzyko i przykrości. Przyjaciele, którzy zrobili dla chorego WSZYSTKO, co tylko było w ludzkiej mocy, resztę - słusznie - pozostawiając Bogu.

Chory czy cierpiący człowiek mając takich przyjaciół realnie doświadcza miłości Boga, zanim jeszcze stanie twarzą w twarz z Chrystusem. Ich przyjaźń, ich szalone czyny uzdalniają go do spotkania z szaloną miłością Boga. To wiara i miłość przyjaciół przygotowują uzdrowienie duszy i ciała. Szczęśliwy, kto ma takich przyjaciół, bo dzięki nim spotka Chrystusa.

Czy jesteśmy przyjaciółmi chorych? Przecież nie wystarczy ich przynieść przed Chrystusa, jeśli za naszą sprawą nie doświadczą Jego Szalonej Miłości. Z brakiem miłości idzie w parze postawa posiadania człowieka. Posiadania człowieka chorego, aby go przynieść przed Chrystusa i spełnić dobry uczynek. Bóg stawia nam wielkie wymagania. Jego miara przyjaźni, Jego miara samotności jest inna niż nasza. I tylko ta miara jest pełna i prawdziwa.

 Anna

Powrót do działu Rekolekcji dla osób niepełnosprawnych

CookiesAccept

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem