Świadectwa 1

Pokonać dystans
„Znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej /pozostając/ na jeziorze, a cały lud stał na brzegu jeziora”.

Łatwo można wyobrazić sobie scenę przedstawioną w cytowanym fragmencie. Moja wyobraźnia kształtuje obrazy niemal automatycznie. Rozważam ten i kolejne cytaty podane do medytacji (przypowieść o siewcy); obrazy pojawiają się kolejno i pojawiają się też słowa-klucze: znowu nauczał, pozostali na brzegu, dystans, odległość od Boga, nic nie rozumieli, stawianie pytań, bliskie relacje, otrzymanie odpowiedzi…

Znowu zaczął nauczać – rekolekcje to czas „znowu”, tego ponownego, kolejnego i głębszego spotkania Boga z człowiekiem, Boga, który niestrudzenie powtarza swoją naukę. To „znowu” jest spotkaniem Boga ze mną, osobą zabieganą, pracującą w kilku miejscach, żeby utrzymać rodzinę. Na co dzień też „nauczam”, daję wskazówki, zajmuję rozwojem innych. Ale żeby uczyć potrzebny jest nieustanny, osobisty rozwój. Na odpoczynek czy modlitwę pozostaje mi niewiele czasu i energii, dlatego też szukam takich rozwiązań, które mogą utrzymać mnie w dobrej kondycji. Sesje czy rekolekcje są jedną z tych form, które odkryłam dla siebie kilka lat temu, w bardzo trudnym okresie życia.

Lud stał na brzegu jeziora – uczniowie i zwykli gapie. Gdy Jezus przebywa w łodzi widziany jest przez tłum, widziany ale nie rozumiany. Wydaje się, że dystans jaki jest pomiędzy mówcą a odbiorcą jest powodem niezrozumienia. Gdy odległość się zmniejsza i człowiek staje w bliskości Boga treść nauki trafia do serca ludzkiego i w nim wzrasta.

Dystans” – to moje słowo-klucz rekolekcji w Brańszczyku. To pojęcie, które otworzyło mi oczy i uszy (dystans do Boga, człowieka czy pojawiających się zadań). Słowo to jak wiele innych ma pozytywne i negatywne zabarwienie.

Skąd pomysł na rekolekcje z niepełnosprawnymi? Można powiedzieć zupełny przypadek. Długo szukałam odpowiedniej formuły. Na wakacje zorganizowałam dwa wyjazdy plenerowe ale zostało mi jeszcze trochę wolnego. Strony internetowe choć pełne ofert nie miały nic dla mnie. Znajomi mieli jakieś propozycje ale czułam, że muszę spróbować czegoś innego. No i znalazłam – na stronie Jezuickich Ośrodków Rekolekcyjnych zobaczyłam informację i prośbę o wolontariat. Długo zastanawiałam się czy to coś dla mnie, czy mogę podjąć się tak odpowiedzialnego zadania a jednocześnie odpocząć. Osoby ze stwardnieniem rozsianym były mi właściwie obce. Do tej pory poznałam tylko jedną kobietę z SM na tyle sprawną i aktywną, że trudno się domyślić, że ma tę chorobę. Tak więc cóż wiedziałam – nic, jednego byłam pewna, że to nie oznacza, że mam się bać. Może dam radę? Miałam pokonać wewnętrzny opór, mentalny dystans i zgłosić się.[...]

Do opieki dostałam nie jedną lecz dwie osoby – „fantastycznie” pomyślałam, mam co chciałam. Wyzwanie dla mnie leżało w dwóch obszarach: pomaganie osobie przewlekle chorej, której nie znam (ona również nie zna mnie), zbliżenie się do niej zachowując przy tym milczenie, i drugie – zbliżenie się do Boga (którego mało nam, a który zna mnie doskonale).
Co do relacji z człowiekiem zawsze jest niepewność czy to co się robi wykonane jest na tyle dobrze by pomóc a nie zaszkodzić, choćby w sferze uczuć. Na szczęście Teresa – wspaniała, dająca sobie radę osoba i Anna na wózku inwalidzkim równie dzielna pozwoliły mi przekroczyć moją niepewność. Nie było też mowy o jakimkolwiek przemęczaniu z mojej strony, wręcz przeciwnie. Dzięki obu paniom i tym, których mogłam jedynie obserwować i obdarzyć uśmiechem poczułam nową siłę do dalszej pracy z każdym człowiekiem, którego napotkam. W relacji z Bogiem myślę, że udało mi się pokonać spory dystans, który sama wyznaczyłam (to dłuższa opowieść). Nic dziwnego, że Jego głos unosił się na wodzie i nie trafiał jak należy do mojego serca.

W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować za wszystkie doznania jakich doświadczyłam podczas tych rekolekcji , a które przechowywać będę (mam nadzieję) bardzo długo w mojej pamięci. Dziękuję zatem wszystkim uczestnikom rekolekcji, prowadzącym, organizatorom, pracownikom domu w Brańszczyku. Dziękuję Opatrzności Bożej, że zaprowadziła mnie w to miejsce.

Sylwia Nowak,
plastyk, arteterapeuta

------------------------------

 

Zawsze po zakończeniu rekolekcji zastanawiamy się, co w nas pozostanie (oprócz emocji i wspomnień) z tych kilku pięknych dni, jak zostaliśmy wzbogaceni, jaki był sens pobytu w tym miejscu? Po wielu miesiącach chciałabym podzielić się kilkoma myślami na temat rekolekcji ignacjańskich w ogóle i tych, które przeżyliśmy w sierpniu, refleksjami, które przetrwały próbę czasu.

Nie zetknęłam się w życiu z wieloma formami rekolekcji. Były to w moim przypadku raczej tradycyjne, okazjonalne nauki, głoszone anonimowej grupie w parafii lub rekolekcje radiowe skierowane do masowego odbiorcy. Często mamy do czynienia z doskonałym kaznodzieją, ale jego porywające słowa kierowane są do przeciętnego słuchacza, o przeciętnych możliwościach skupienia uwagi, skłonnościami do rozproszeń, zmęczenia, znudzenia. Wiele więc cennych treści umyka naszej uwadze, a temperatura spotkań jest raczej letnia. Mój udział miał charakter raczej bierny.

Mnie odpowiadała bardziej osobista zindywidualizowana forma i dlatego prawdziwym olśnieniem stały się kiedyś dla mnie rekolekcje ignacjańskie.b2

Wiem, że taki działa we mnie mechanizm, że nawet wtedy, gdy mówię do Boga zdana na siebie, to powtarzam ciągle to samo. Nie jestem w stanie opuścić kręgu moich obsesji, powracających natrętnie myśli, plącze się, błądzę nie rozwiązując problemu. I staję w punkcie, gdzie już wiem, że nic nowego Bogu nie powiem. Dlatego wiem, że potrzebny mi drugi człowiek, aby pomógł mi ukierunkować, zdyscyplinować myśli. Wskazywał kierunek, a może nie tyle słuchał, ile szedł ze mną we właściwym kierunku. Poddaję się takiemu prowadzeniu, bo wiem, że nie potrafię sama wyjść z punktu, w którym się znajduję. I to ma znaczenie, że mówię głośno, że słyszę, co powiedziałam, że muszę jasno i w miarę precyzyjnie formułować swoje myśli, nazywać emocje, czyli muszę wykazać się odpowiedzialnością za słowo. Każda ulotna myśl jest jakby weryfikowana – czy to, co mówię jest tym, co chciałam powiedzieć, co czuję, w miarę jak zdanie po zdaniu, fragment po fragmencie, słowo po słowie rozważam tekst Ewangelii. Czuję z satysfakcją, że nie stoję w miejscu.

W tym roku jednak na rekolekcje nie jechałam z dawnym entuzjazmem. Nie tyle, a może nie tylko z powodów zdrowotnych, ale dlatego, że dźwigałam bagaż nierozwiązanych problemów, bolesnych niezałatwionych spraw rodzinnych. Szczególnie moich skomplikowanych układów z ojcem.Są takie zadawnione, niezagojone rany, świadomość zła, poczucie winy i krzywdy, z którymi trzeba się definitywnie uporać, aby poczuć się wolnym, aby nie bolało… Jak więc miałam rozważać zaproponowane mi na rekolekcjach kwestie piękne i wzniosłe, ale w tej chwili nie dotyczące mnie i odległe?

Bez zwykłej radości i z pewnego  rodzaju rezygnacją pochyliłam się nad tekstem, który mieliśmy rozważać…I… doznałam niemalże szoku: biblijna opowieść o synu marnotrawnym. Fragment realistyczny i poruszający rodzinne sprawy (konflikty), których aktualność przetrwała wieki. Tekst dotykający tak bardzo własnych moich bolesnych problemów. Moja rozmowa z Bogiem była zbyt osobista i ważna tylko dla mnie, żeby ją tutaj szczegółowo relacjonować. Chciałabym powiedzieć tylko o tym, co najistotniejsze.

 Do tej pory myślałam o spowiedzi raczej jako o wyrzuceniu z siebie win, mechanicznym raczej pozbyciu się grzechów, przyjęciu pokuty. Ale czy pozbędę się tego gorzkiego osadu winy? Weszłam w te rekolekcje z wizerunkiem konkretnego skrzywdzonego człowieka, w konkretnym miejscu i czasie. Rozpoczęłam od  zdania ,,…zgrzeszyłem wobec Ciebie…” Bo myślałam, że to jest właśnie mój problem. I trzeba było czasu i łaski, aby głos potępienia i oskarżenia wobec siebie zmienić w modlitwę, to znaczy skierować go do Boga. Aby nawiązując do towarzyszącej nam malarskiej interpretacji przypowieści o synu marnotrawnym, przejść od obrazu Boga Ojca odtrąconego, zranionego przez każdą krzywdę wyrządzoną drugiemu człowiekowi, przez myśl o Bogu, który czeka bez gniewu, cierpliwie na nas, którzy Go opuściliśmy, aby wreszcie stanąć przed Tym, który otwiera ramiona, który przebacza, który nie odtrąca mimo wszystko.

Przebaczenie, gest, do którego zdolna jest miłość Boga, ale też w naszym małym wymiarze przybiera rożne formy ludzkiej miłości: współczucie, litość, zrozumienie, wspaniałomyślność, wielkoduszność, empatię. Boże przebaczenie - jak ładnie mówimy w języku polskim - "puszcza w niepamięć” niebyt, nieistnienie nasze błędy i winy. Sprawia, że możemy wrócić do życia, zacząć od początku z nowymi doświadczeniami, ale bez ciężaru grzechu.

Jeżeli jestem przekonana, że Bóg pozwolił mi przyjść na to miejsce rekolekcyjne i zwrócił się do mnie z tym określonym, wybranym specjalnie dla mnie tekstem, to wierzę również, że przekazał mi przesłanie: Idź! zdając sobie sprawę, że człowiek jest zdolny do czynienia zła, do czynienia rzeczy, których po ludzku nie można wymazać ani wynagrodzić. Ale też „idź!”, wiedząc, że dzięki przebaczeniu, którego źródłem jest miłość Boga człowiek jest wolny, że zawsze może wrócić.

Pamiętaj, aby wybaczać tak, jak i tobie wybaczono.

Ponieważ odkryłam i doceniłam wagę, znaczenie prawdziwy sens pojęcia przebaczenia, to chciałabym prześledzić, odnaleźć każdy fragment Nowego Testamentu, w którym to słowo występuje. I pozostało to moim porekolekcyjnym "zadaniem domowym”.

 Danuta Modrak

----------------------

 Około 20 lat temu, pewnego wieczoru przed pójściem spać, spojrzałam na wnuka, który od urodzenia nie mówił. Lekarze nie dawali szans na uzdrowienie. Ze współczucia ścisnęło mi serce. Zapytałam: Jezu, jak mu pomóc?
Położyłam się spać. Tej nocy śniło mi się, że jestem w kościele, a przed tabernakulum leży chory człowiek. Prosiłam wychodzących z kościoła ludzi (w tym także swoją koleżankę) o pomoc w wyniesieniu go. Gdy nikt nie chciał mi jednak w tym pomóc - sama wzięłam go na ramiona. Nagle, nie wiem skąd pojawił się przy mnie biały baranek, który zaprowadził mnie wąska ścieżką na wysoką górę, na której stał krzyż.

Rano, gdy się obudziłam - nie mogłam wstać z łóżka, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. W tym dniu zaczęła się moja choroba na stwardnienie rozsiane z którą żyję i cierpię przez lata. Taki sam baranek, który mnie kiedyś prowadził we śnie jest na tabernakulum w kościele, z którego przychodzi do mnie kapłan z Panem Jezusem. Podczas rekolekcji w Brańszczyku zostałam poproszona o przeczytanie V Stacji Drogi Krzyżowej napisanej przez jezuitę. Początkowo chciałam jednak wymienić tekst i przeczytać opis stacji z książeczki Drogi Krzyżowej dla chorych.

Jednak, gdy weszłam do kaplicy i modląc się spojrzałam na tabernakulum miałam natchnienie: przypomniała mi się "wąska dróżka", która równocześnie była w moim śnie sprzed lat oraz w opisie V Stacji Drogi Krzyżowej.
Oto ten fragment: "Pisze Ewangelista, że Cyrenejczyk napotkał Jezusa z Krzyżem, gdy wracał z pola do domu. Prawdą jest, że to dopiero teraz dźwigając krzyż z Jezusem - powraca do domu Ojca. Jezus odsłonił przed nim drogę, która jedyna doń prowadzi. Wąska, krzyżowa droga prowadzi do domu. Po tym może być rozpoznana wśród tylu dróg."
Bądź uwielbiony Panie Jezu za codzienną Eucharystię i całe rekolekcje


Teresa R.

 

 

 

Od urodzenia jestem na wózku inwalidzkim. Od 20 roku życia do 35 roku życia miałam załamanie psychiczne. Przez 15 lat moje życie nie było łatwe, cały czas czułam w sercu samotność, rozpacz, ból, cierpienie i dźwigałam ogromny ciężar na duchu, nie mogłam się pogodzić z takim moim życiem, ciągle obrażałam się na Pana Boga.

Mówiłam tak: „Panie, dlaczego dzisiaj taka jestem nieszczęśliwa." Brak mi było wiary, miłości, nadziei i byłam daleka od Jezusa Chrystusa, nigdy nie czułam się blisko Boga. Pewnego dnia moja mamusia zobaczyła, że ja bardzo cierpię i rozpaczam. potem mamusia pomyślała i poszła do parafii św. Wojciecha do siostry zakonnej po poradę jak mi pomóc. Siostra Albina doradziła pojechać do Łaźniewa na rekolekcje dla niepełnosprawnych u Ojców Jezuitów.

Na rekolekcjach pierwszy raz w życiu zobaczyłam tylu chorych i niepełnosprawnych ludzi, aż łzy napłynęły mi do oczu. Poczułam się jak w innym świecie. Na rekolekcjach bardzo nabrałam chęci do kontaktu z Bogiem. Miałam potrzebę miłości i relacji z Panem Bogiem.

Od tego czasu przez 22 lata co roku jeździłam do Łaźniewa i Brańszczyka na takie rekolekcje do Ojców Jezuitów. Każde rekolekcje umacniały moją wiarę i dawały poczucie, że Pan Jezus jest ze mną. To Chrystus uratował mnie psychicznie. Teraz bardzo jestem szczęśliwa i bardzo dziękuję Panu Bogu oraz Ojcom Jezuitom za rekolekcje. Mam nadzieję, że w dalszym ciągu będę mogła w nich uczestniczyć. Wiem, że Pan Bóg czuwał nade mną.

Dzisiaj chciałam powiedzieć, że nie wyobrażam sobie życia bez modlitwy, po prostu chcę żyć wiarą, miłością i nadzieją, co jest dla mnie darem od Boga i uwielbiam Go.

Z Bogiem. Elżbieta

 

-----------------------------------------

Powrót do działu Rekolekcji dla osób niepełnosprawnych

CookiesAccept

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem