Zniechęcenie - jedyna przegrana

Powrót do LEKTUR

Dariusz Michalski SJ

Zwycięzcy to przegrani, którzy powstali
i spróbowali o jeden raz więcej.
Dennis DeYoung

 

Pierwotne powołanie człowieka

Gdy wyobrażamy sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy w Raju myślimy zazwyczaj o czymś na kształt sielanki – zero pracy i wysiłku, zero jakiegokolwiek trudu. Bo trud kojarzy się nam z czymś przykrym. A skoro Raj to na pewno pełna laba. Nie uświadamiamy sobie, że taka wizja Raju jest nieprawdziwa. Człowiek został bowiem stworzony, jak mówi o tym Księga Rodzaju, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1, 26). Ten, kto na co dzień pracuje przy zwierzętach czy przy uprawie ziemi wie, jak wiele wymaga to trudu. Trzeba się ciężko napracować! Wie o tym każdy, kto chociażby zajmował się nawet zwykłymi roślinami pokojowymi, które choć przywiezione ze sklepu to jednak czasem więdną na przekór  wysiłkom.
Księga Rodzaju mówi wyraźnie, że pierwsi ludzie uprawiali i doglądali ogród Eden, który został im podarowany: „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15) Co to znaczy? Tak! Ludzie w Raju pracowali! A jednak, gdy myślimy o Raju to z jakiegoś powodu odrzucamy tę ideę! Widocznie jest nam do czegoś potrzebna wizja Raju na wzór beztroskiej sielanki.

Tak, czy inaczej możemy powiedzieć, że Stwórca powołał człowieka do... przekraczania siebie. Miało się to dokonywać przez troskę o to, co zostało mu powierzone. Każdy z nas będąc synem Adama lub córką Ewy został powołany do podejmowania trudu i wysiłku na wzór pierwszych rodziców. Idąc jeszcze dalej – ku samym początkom – widzimy Boga, który stwarza świat i wkłada w to ogromny wysiłek! Poczułem to pewnego razu, gdy potrzebowałem przywieźć do domu trochę piasku z plaży. Gdy nasypałem go do reklamówki i podniosłem poczułem się zaskoczony jego ciężarem. A gdy spojrzałem na plażę, która ciągnęła się po horyzont to... przekroczyło to moje wyobrażenie ile ta plaża naprawdę waży!


Powróćmy jednak do Adama i Ewy. Niektórzy teologowie wysuwają tezę, że w Raju człowiek pracował i trudził się. W ten sposób wypełniał zlecone mu przez Boga powołanie. Ponieważ jednak jeszcze nie popełnił grzechu, to podejmowany wysiłek nie był dla niego żadną przykrością! Wręcz przeciwnie - był radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek w Raju odnajdywał się w naturalny sposób w podejmowaniu różnych odpowiedzialności i prac. Nie stanowiły one dla niego brzemienia tak, jak ma to miejsce dziś. Człowiek nie miał wtedy odruchu buntu wobec obowiązków i zadań. Czuł się szczęśliwy mogąc pracować i trudzić się. Idąc za tą myślą możemy wyobrazić sobie, co się działo z Adamem lub Ewą, gdy np. skaleczyli się przeskakując przez jakieś drzewo. Czy odczuwali wtedy ból? Tak! Odczuwali ból, ale był to ból, który nie wprowadzał w nich dysharmonii w relacji do Boga! Nie przeszkadzał im nadal cieszyć się Rajem.


W planie Bożym człowiek od początku został wyposażony w zdolność do przekraczania siebie. Dotyczyło to czterech obszarów: świata zewnętrznego, kontaktu z Bogiem, drugim człowiekiem i ze sobą samym. W sferze społecznej i relacyjnej oznaczało to zdolność do komunikacji z innymi. Dla Adama była to zdolność rozmawiania z Bogiem, z Ewą i z samym sobą, ale także zdolność słuchania. Zdolność do otwierania się na świat drugiej osoby. W Księdze Rodzaju czytamy: „Bóg [ludziom] błogosławił, mówiąc do nich” (Rdz 1,28). Bóg mówi, a człowiek jest zdolny usłyszeć. Jest zdolny zobaczyć, doświadczyć, poznać coś, co pochodzi nie tylko z jego wnętrza, nie tylko ze świata stworzonego, ale coś, co pochodzi bezpośrednio od samego Stwórcy.
Od samego początku człowiek dysponuje więc zdolnościami do wykraczania poza siebie i do korzystania z nich na dwa sposoby: przez panowanie nad stworzonym światem oraz przez przekraczanie kręgu tylko własnego świata. Obie postawy wymagają od człowiek trudu, który na początku wpisywał się naturalnie w poczucie szczęścia.


Acedia – specyficzne lenistwo

Jednym ze skutków grzechu pierworodnego stało się przekonanie, że trud i wysiłek kłóci się ze stanem szczęścia. Żyjemy w czasach, kiedy próbujemy maksymalnie ułatwić sobie wiele  codziennych czynności. Zamiast schodów - windy. Zamiast pokonywania odległości pieszo - samochód. Zamiast ręcznego prania - pralka automatyczna. Korzystamy z wielu udogodnień, które często obracają się przeciwko nam. Lekarze alarmują o nasileniu się wielu chorób wynikających z siedzącego stylu życia.
W ułatwianiu sobie życia nie ma nic złego dopóty, dopóki nie pragniemy ułatwić sobie wszystkiego. Dopóki nie chcemy całkowicie wyzbyć się najmniejszego choćby wysiłku. Gdy tak się dzieje, wtedy także dusza może zacząć chorować na acedię. Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy ten tajemniczy termin jako lenistwo duchowe lub ospałość (por. KKK 1866). Trzeba przypomnieć, że jest to jeden z siedmiu grzechów głównych. To taki, za którym kroczy cała horda innych pomniejszych. Gdy poddajemy się grzechowi głównemu, tym samym wpuszczamy do środka inne mniejsze, które są z nim związane. „Kupujemy” lenistwo w pakiecie z innymi: rozżaleniem, smutkiem, wygodnictwem, hedonizmem itd. Lista jest bardzo długa.


Ojcowie pustyni postrzegali acedię jako wywołaną działaniem demona południa. Przebywając na pustyni doświadczali największej ospałości w południowej porze dnia. Gdy żar lał się z nieba ogarniało ich lenistwo. Ospałość budziła przemożną chęć odpoczynku, a zarazem niechęć do podejmowania wyznaczonych prac. Acedia polega właśnie na tym, że nam się nie chce. W szczególności czujemy niechęć do robienia tego, co do nas należy. Acedia nie jest absolutnym lenistwem. Ktoś kto na nią cierpi, będzie gotów wykonywać niektóre prace i obowiązki. Ale wyłącznie te, które... sprawiają mu przyjemność. Wystarczy jednak, że pojawi się choćby cień niechęci względem jakiejś pracy, a wtedy dotknięty acedią od razu ją odrzuci jako zbyt ciężką choć  w rzeczywistości jest możliwa do spełnienia. Istotą tego grzechu jest więc uleganie złudzeniu, że dana praca przerasta siły.


Pewnego razu zgłosił się do mnie student, który miała poważne problemy z dokończeniem pisania pracy magisterskiej. Od kilku miesięcy nie udało mu się wyjść poza pierwszy rozdział. Stanął w miejscu. Okazało się, że ilekroć zabierał się do pisania tylekroć ulegał wyobrażeniu ogromnych problemów i przeciwności, które momentalnie podpowiadała mu wyobraźnia. Widział trudności niemożliwe do pokonania. Gdy skupiał się na nich czuł się tak zniechęcony do dalszego pisania, że natychmiast odrzucał jakąkolwiek myśl o napisaniu choćby jednego akapitu. Taki stan doprowadził go do całkowitego zniechęcenia się sobą i zablokowania się w zamierzonej pracy. Na dodatek, aby zrekompensować sobie przykre uczucie rozczarowania, uciekał w trwające w nieskończoność granie w pasjansa na komputerze, co jeszcze bardziej pogłębiało jego żal do siebie.


Prawdziwa radość z podejmowania wyzwań

Katechizm Kościoła Katolickiego precyzuje: „Znużenie lub lenistwo duchowe posuwa się do odrzucenia radości pochodzącej od Boga i do odrazy wobec dobra Bożego” (KKK 2094). Co to znaczy? Dokładnie to, że człowiek, który poddaje się acedii, pozbawia się radości płynącej ze współpracy z Bogiem. Jednocześnie szuka radości, ale w oderwaniu od Boga. Dobrze wiemy, że nic nie może zastąpić prawdziwej radości płynącej z wypełnienia swoich zobowiązań. Jest to poczucie autentycznej satysfakcji. Coś znacznie głębszego niż poczucie przyjemności płynące z używania lub konsumpcji dóbr. Jako ludzie jesteśmy powołani do wyznaczania sobie celów, które przybliżają nas do Boga i do osiągania ich, bo „Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi”, jak to trafnie określił św. Augustyn.
Przychodzi mi na myśl historia Amerykańskiej pływaczki Florence Chadwick, która w 1952 roku jako pierwsza kobieta próbowała przepłynąć wpław kanał Catalina. Musiała zmagać się z przenikliwym zimnem, mgłą, rekinami, które kilkakrotnie były przeganiane przez jej matkę i towarzyszącą jej ekipę płynących w łodzi obok niej. Pierwsza próba była nieudana. Chadwick zrezygnowała z powodu drętwienia w lodowatej wodzie. A także dlatego, że nie widziała jak daleko jest do upragnionego brzegu z powodu gęstej mgły. Choć była upartą pływaczką musiała się poddać. Po piętnastu godzinach i pięćdziesięciu pięciu minutach mimo dopingu ze strony trenera i  matki, Chadwick zrezygnowała. Podupadła na duchu prawie się załamała, gdy okazało się, że do brzegu zabrakło jej tylko... pół mili! Dwa miesiące później Chadwick podjęła drugą próbę. Warunki były podobne jak za pierwszym razem. Ale w tym wypadku pływaczka nie straciła wiary. Jako pierwsza kobieta na świecie pokonała szczęśliwie kanał Catalina i spełniła swoje marzenie. Ta historia pokazuje, że każdy z nas ma do przepłynięcia swój kanał Catalina. Ma do pokonania największego wroga czyli... siebie samego.

Prosta zasada

No dobrze, ale co mamy robić, gdy w pewnym momencie dążenia do celu czujemy się wypaleni i niezdolni do dalszej pracy? Rozwiązanie jest niezwykle proste. Polega na wyznaczeniu sobie słusznej miary codziennej pracy. Rozmawiając ze wspomnianym studentem poprosiłem go, aby wyznaczył sobie jakiś określony czas, który mógłby poświęcić na codzienne pisanie pracy magisterskiej niezależnie od tego, ile stron de facto uda mu się tego dnia napisać. Obrał sobie jako realną miarę jedną godzinę dziennie. Zaproponowałem mu, żeby trzymał się tego każdego dnia niezależnie od postępów lub ich braku w pisaniu pracy. Po trzech miesiącach okazało się, że... praca została dokończona. Na czym polegała pułapka złego? Zły duch przyjął taktykę zniechęcania go i jednocześnie wyolbrzymiania przeciwności. Przy każdej próbie pisania pokazywał mu, że podjęcie wyznaczonego zadania przekracza jego możliwości.


Duchowa choroba acedii nie zaczyna się nagle. Powstaje poprzez stopniowe rezygnowanie z podejmowania codziennych trudów i obowiązków. Dusza, choć może zabrzmi to nieładnie, przypomina mięśnie. Jeśli codziennie podejmujemy ćwiczenia fizyczne nasze mięśnie są w coraz lepszej formie. Jeśli jednak przestajemy je ćwiczyć, czasem wystarczą nawet dwa tygodnie, aby utraciły swoją podstawową zdolność do działania. Podobnie jest z duszą. Musimy ją codziennie ćwiczyć. Nie chodzi tu o żaden woluntaryzm czy ambicjonalne postawy duchowych osiłków. Nie chodzi o wyciskanie z siebie ostatnich potów i jęczenie pod nosem: „Dzień bez bólu, dzień stracony!”. Nie! Chodzi jedynie o własną miarę wysiłku i trudu (czasem fizycznego, a czasem duchowego, a najczęściej jednego i drugiego), która jest konieczna do tego, aby nasz duch się umacniał i rozwijał. Bardzo łatwo jest w kilka dni stracić wewnętrzną dyscyplinę i doprowadzić się do bezładu. Do stanu, w którym nic nam się nie chce. Jednak, aby powrócić do poprzedniej kondycji potrzeba będzie znacznie więcej czasu i wysiłku.
Każdy z nas może wyznaczyć sobie tzw. plan minimum. Tak, tak! Nie pomyliłem się! Plan minimum. Nie maksimum! Taki, poniżej którego nie zgadzamy się zejść. Właśnie taki plan, choć może nie brzmi to dobrze, pozwoli nam realizować życiowe cele i zachować pokój serca. Najważniejsze nie jest jednak to, ile uda nam się wykonać. Liczy się odnalezienie własnego rytmu i utrwalenie postawy wierności na obranej drodze. Taka metoda pozwoli nam przezwyciężać zniechęcenie, które odbiera chęć do pracy. Zamiast tego będziemy mogli uczyć się konsekwencji w doprowadzaniu rozpoczętej pracy do końca i wypełnianiu podjętych zobowiązań osobistych, które są cechami dojrzałej osobowości.

Powrót do LEKTUR

CookiesAccept

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem