Choroby duchowe

Powrót do LEKTUR
Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba,
a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi.
Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe
szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu
do namaszczenia twych oczu, byś widział (Ap 3, 17-18)

Dariusz Michalski SJ

Choroby duchowe1 - zagrożenia dla życia duchowego


Wprowadzenie

Powróćmy kolejny raz do definicji Ćwiczeń, którą podaje św. Ignacy w pierwszym punkcie swojej książeczki: (...) ćwiczenia duchowne to przygotowywanie i usposobienie duszy po to, żeby się pozbyć nieuporządkowanych przywiązań, a gdy się ich już pozbędziemy, żeby szukać woli Bożej i odnajdywać ją w ułożeniu życia tak, by zbawić duszę (CD 1). Możemy powiedzieć, że jest to zarazem definicja zdrowia duchowego człowieka. Wedle słów św. Ignacego jest nim taki stan duszy człowieka, gdzie nie ma nieuporządkowanych przywiązań, co daje człowiekowi doświadczenie Bożej wolności w realizowaniu woli Stwórcy. Tak więc przeciwieństwem zdrowia duszy są różnego rodzaju choroby, a więc objawy tego, że człowiek jest w swoim wnętrzu nieuporządkowany, że pozwala aby nim kierowały żądze i namiętności, a więc instynkty nie poddane uporządkowaniu, które prowadzą człowieka do zniewolenia, odciągają go od celu jakim jest zbawienie.

1. Mechanizmy obronne w poznawaniu prawdy. Prawda o skłonności do zła.

Mówiąc o chorobach duszy trzeba podkreślić na pierwszym miejscu to, że człowiek mimo ponoszonych cierpień i udręk może uważać się za osobę zdrową, może trwać w uporze nieprzyznawania się do tego, że jest nagi, biedny, ślepy, chory... W człowieku istnieją liczne mechanizmy obronne, nie tylko w sensie psychologicznym, ale także duchowym. Są to mechanizmy, które sprawiają, że człowiek nie chce poznać prawdy o sobie, o swojej nędzy, o swojej chorobie, trwa w uporze i przekonaniu, że nic mu nie dolega, trwa w swojej ślepocie duchowej. Tak więc pierwszym krokiem na drodze uzdrowienia będzie uznanie swojej ślepoty i zatwardziałości serca: szczere uznanie, że człowiek pozostawiony sam sobie jest stworzeniem nieszczęsnym, że zasługuje na litość Boga. Jeśli potrafi w pokorze przyjąć litość Stwórcy, to jest to pierwszy krok ku uzdrowieniu. Litość Boga względem człowieka jest zbawienna jak to opisuje ewangelista Mateusz: A widząc tłumy ludzi, (Jezus) litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza (Mt 9, 36). Litość Boga sama w sobie, automatycznie, nie może wiele zdziałać. Wymaga od człowieka postawy pokory i uznania własnej niemocy, przyznania się do zapadania na choroby duchowe.

Chodzi tu o uznanie swojej ludzkiej, słabej kondycji, swojej niewystarczalności. Chodzi o niewystarczalność w zachowaniu równowagi pomiędzy elementami, które nas tworzą. Człowiek, którego natura łączy w sobie pierwiastek cielesny i duchowy, jest istotą delikatną, łatwo tracącą wewnętrzną równowagę. Pierwszy grzech rodziców był właśnie zaburzeniem tej równowagi przez niedocenianie jej wartości, wartości samego pokoju, harmonii z otoczeniem, Bogiem i samymi sobą (Żydzi określali ten stan mianem shalom). Po grzechu ta harmonia zostaje zaburzona. Odtąd pojawia się w człowieku słabość, nieumiejętność rozeznania co jest dla niego dobre, a co złe. To jest właśnie ta ludzka bieda i niewystarczalność: człowiek sam, o własnych siłach nie potrafi zachować wewnętrznego umiaru, pokoju i harmonii. Stąd wniosek: potrzeba umieć rozpoznać i zaakceptować swoją ludzką kondycję, kondycję kogoś, kto ma skłonność do zła, do zapadania na choroby duszy. To pierwszy krok ku zbawieniu.

2. Potrzeba właściwej diagnozy.

Nieuporządkowanie duchowe, nieuporządkowane przywiązanie jest chorobą duszy z charakterystycznymi dla siebie symptomami. Żeby walczyć z chorobą trzeba wiedzieć, na co się jest chorym. Trzeba umieć postawić właściwą diagnozę. Nie wystarczy zauważyć np., że moje życie jest nieuporządkowane. Trzeba umieć określić na czym konkretnie polega to nieuporządkowanie, co konkretnie mi dolega. Może nasze porażki w walce ze złym duchem polegają właśnie na tym, że nie jesteśmy tak samo konkretni jak zły duch. On jest mistrzem konkretu. Gdyby kusił nas w sposób ogólny, nigdy nie odniósłby zwycięstwa. On wie dobrze, że czasem nie musi nam proponować wiele, że wystarczy drobny szczegół, ale ukazany realnie, namacalnie, konkretnie: taka a nie inna rzecz, taka a nie inna korzyść w relacjach z ludźmi, taka a nie inna konkretna, wręcz namacalna przyjemność itd. Gdy jesteśmy kuszeni, zawsze dobrze wiemy, co chcemy osiągnąć: od razu widzimy obiekt kuszenia lub wyobrażamy go sobie, jest on realny, namacalny. Jeśli chcemy walczyć z takim wrogiem, nasza taktyka również musi być konkretna w diagnozowaniu choroby. Nie wystarczy powiedzieć, że coś jest nie tak w moim życiu duchowym, trzeba jeszcze umieć powiedzieć, co konkretnie. I tu z pomocą przychodzą nam ojcowie pustyni, którzy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa decydowali się na życie pustelnicze i w odosobnieniu, konfrontując się w samotności i milczeniu ze swoimi słabościami, złymi skłonnościami i grzechem.

3. Choroby duchowe według ojców pustyni.

Ojcowie pustyni wyróżnili osiem podstawowych chorób duszy: zachłanność, przepych lub zbytek, skąpstwo, melancholię, złość, zgorzkniałość, próżną chwałę i pychę. Są to namiętności, pasje, żądze, które odbierają człowiekowi wewnętrzny pokój, harmonię, a co za tym idzie wewnętrzną wolność. Człowiek choruje duchowo, gdy słucha własnych namiętności i lekceważy głos Boga w sobie, gdy lekceważy sumienie. Używając słownictwa św. Ignacego powiedzielibyśmy, że człowiek jest chory, gdy biorą w nim górę nieuporządkowane uczucia i przywiązania. Przyjrzyjmy się bliżej wybranym chorobom duchowym.

a) melancholia

Zwróćmy uwagę, że mówimy tu o melancholii jako stanie duszy, a nie stanie psychologicznym. W znaczeniu duchowym można ją zdefiniować jako depresję moralną, która prowadzi człowieka do smutku. Jest to stan bolesnej depresji nie znajdujący uzasadnienia w zewnętrznych okolicznościach lub wydarzeniach. Ewagriusz Pontyjski, który poświęca najwięcej miejsca opisowi poszczególnych chorób wskazuje na kilka przyczyn melancholii. Pojawia się ona na pierwszym miejscu, gdy człowiekowi nie udaje się zaspokoić własnych pragnień. Z tego powodu dość często towarzyszy jej złość i użalanie się nad sobą, wręcz obsesyjne skupienie się na swoim bólu i smutku, który jak powiedzieliśmy wcześniej nie jest dostatecznie uzasadniony zewnętrzną sytuacją.

To, co odróżnia melancholię od smutku to niezdolność do płaczu. W omawianej chorobie duszy człowiek nie jest w stanie szczerze zapłakać nad sobą. Potrafi jedynie użalać się nad sobą. Melancholia nie umie płakać. Melancholia chce trwać w zależności od tego, co minęło, od przeszłości. To właśnie przeszłość jest jej główną podporą. Sprzeciwia się chrześcijańskiemu życiu w tym, co tu i teraz, ucieka od teraźniejszości. Owszem, z minionych wydarzeń, tego co było przykre, co nas dotknęło lub zraniło można nauczyć się wiele o sobie, o Bogu i o innych ludziach. Ale nie powinna to być po pierwsze nauka negatywna, która zasklepiałaby człowieka w samym sobie, która rozdrapywałaby rany i zniechęcała do dalszych kontaktów z innymi, czy w ogóle z samym Bogiem, względem którego można odczuwać nieugaszony żal. Kiedy taka przeszłość zamienia się w ucieczkę od tego, co teraźniejsze, co realne, wtedy uniemożliwia nam wewnętrzny wzrost.

Stan melancholii duchowej dobrze opisuje Fiodor Dostojewski. Odnosi on ją do nieustannego użalania się nad sobą, do lamentu, do pesymizmu: Skargi przez to przynoszą ulgę, że jątrzą i podsycają boleść, która nie szuka pociechy i żywi się poczuciem, że nie da się utulić. Zawodzenie odpowiada potrzebie ciągłego drażnienia rany2. Rosyjski autor dobrze ujmuje stan duszy melancholika – jest ona stale rozdrażniona powracaniem do przeszłości, a przez to nie znajduje wewnętrznego pokoju, bo tak naprawdę go nie szuka.

b) zgorzkniałość

Jest ona w przekonaniu ojców pustyni jedną z najgroźniejszych chorób. W tradycji mnichów jest również nazywana demonem południa, połowy dnia. W języku greckim oznacza po prostu brak uwagi, czujności. Chodzi o brak uwagi w życiu chwilą bieżącą, tym, co jest. To niezdolność do życia tu i teraz. Zgorzknienie sprawia, że człowiek nie potrafi odnaleźć sensu i radości w żadnej czynności, w żadnym zajęciu: znikają chęci do pracy, do modlitwy, człowiek jest pogrążony w myślach i jakby nieobecny. Zgorzknienie to po prostu ucieczka od rzeczywistości, a więc i od samego siebie. Człowiek nie ma ochoty na to, by przyglądać się sobie, by poznawać siebie.

Zgorzknienie nazywane jest przez ojców pustyni demonem południa. Chodzi tu raczej o sens przenośny, choć może się wiązać ze skwarem, gorącem i upałem południa, gdy słońce jest w zenicie, a człowiek ulega zniechęceniu i ospałości, a przez to traci uważność Określenie „demon południa” odnosi się do połowy ludzkiego życia, do okresu kiedy człowiek gubi smak rzeczy, tego, co do tej pory dawało mu wiele zadowolenia. Odnosi się do takiego momentu w życiu, gdy człowiek zaczyna kwestionować wiele dotychczasowych pewników. Z kolei to, do czego już doszedł, dotychczasowe owoce jego życia mogą mu się wydawać nic niewarte, bez znaczenia, nudne, pozbawione sensu. Z drugiej jednak strony nie znajduje niczego więcej, co by mogło temu życiu nadać nowy sens. Stąd pojawia się jakże niebezpieczny cynizm, także w wymiarze duchowym: „nic mnie już nie może zaskoczyć, nic dobrego mnie już w tym życiu nie może spotkać” – mówi osoba zgorzkniała i cyniczna. Z kolei, cynizm może pogłębiać się w kierunku nagminnego krytykowania wszystkiego i wszystkich.

Zauważmy, że taki stan rzeczy jest wyzwaniem do szukania tego, co naprawdę wartościowe i ważne w życiu, do przeorientowania swojego życia. Jedynym lekarstwem na taki stan duszy i jedynym właściwym rozwiązaniem jest poszukiwanie wartości duchowych. Często bowiem zgorzknienie może rodzić się z rozczarowania tym, że wielkie i dobre pragnienia człowieka, nie zostały spełnione na drodze korzystania z rzeczy materialnych. Człowiek czuje się rozczarowany tym, co miało spełnić jego wewnętrzne pragnienia szczęścia. W tym sensie człowiek jest wezwany, by na nowo odnaleźć entuzjazm, ale na głębszym, duchowym poziomie, nie szukając szczęścia w rzeczach przyziemnych. Chodzi o prawdziwy głęboki entuzjazm duchowy, o współpracę z Bogiem, przeciwny młodzieńczemu, często egoistycznemu zapałowi, jakże gwałtownemu, ale który równie szybko się wypala i zamiera.

c) pycha

Nietrudno zauważyć, że pycha jest główną przyczyną grzechu człowieka, jego błądzenia z dala od Boga. Jest ona elementem składowym wszystkich chorób duchowych człowieka, jego namiętności. Jest tym, co powoduje w nas zaślepienie, sprawia, że człowiek przestaje widzieć rzeczy takimi, jakimi naprawdę są. Jej istotą jest pragnienie bycia jak Bóg, pragnienie Adama i Ewy. To sama istota grzechu i zła. Również pycha była przyczyną pierwszego grzechu, grzechu aniołów. Warto w tym miejscu zauważyć, że cała historia zbawienia, to historia z jednej strony grzechu człowieka, który chce być jak Bóg a może wręcz chce być Bogiem. Z drugiej strony, to historia Boga, który przemienia to złe pragnienie i ukazuje człowiekowi drogę do tego, by się pojednał z Nim. W historii ludzkiego grzechu pragnienie bycia Bogiem czyli pycha, prowadzi człowieka do śmierci. W Bożej historii zbawienia Bóg w swej miłości wychodzi naprzeciw człowieka w osobie Jezusa Chrystusa i w Nim właśnie, w przykładzie jego posłuszeństwa (czyli tego, co jest przeciwieństwem pychy) pokazuje, że pragnienie bycia jak Bóg nabiera zbawiennego sensu. Zostaje otwarta człowiekowi droga do spotkania z Bogiem, do przebóstwienia. Bo od czasu przyjścia Jezusa na ziemię człowiek może zostać przebóstwiony, może odbudować podobieństwo do Boga, stając się Jego mieszkaniem. Od tej chwili „być jak Bóg”, oznacza naśladować Jezusa w Jego uniżeniu i posłuszeństwie względem Boga. To, co miało doprowadzić człowieka do śmierci, to samo pragnienie teraz zostaje przemienione i wytłumaczone człowiekowi nie w jakiś abstrakcyjny sposób ale w konkretnym Człowieku, w Jego rzeczywistej śmierci i rzeczywistym zmartwychwstaniu. Nie przypadkowy jest chyba tytuł książki Tomasza a Kempis: O naśladowaniu Chrystusa. Czyli o naśladowaniu, pragnieniu człowieka, by „być jak Bóg” przez Chrystusa i na wzór Chrystusa: w uniżeniu, pokorze i bezinteresownej służbie.

Wracając do demona pychy, człowiek pod jego wpływem szuka w sobie źródła dobra zapominając, że wszelkie dobro pochodzi od Boga. Sobie przypisuje to, co de facto jest Boże. Człowiek pyszny nie zauważa swojej ograniczoności, słabości dlatego tworzy ideologię swojej doskonałości i nieskazitelności, która z czasem staje się prawdziwsza od prawdy o nim samym, od prawdy o swej niedoskonałości. Carl Gustaw Jung mówił o ludzkiej pysze, że ma miejsce wtedy, gdy człowiek nadyma się swoimi własnymi ideałami i wyobrażeniami, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Może to przybierać bardzo pobożny styl, np. styl proroka: Jestem jedynym na tym świecie, który widzi wszystko jasno. Albo styl męczennika: Nikt mnie nie rozumie. Muszę cierpieć, ponieważ tak, jak Jezus jestem z innego świata. Tylko ja znam prawdę. Słowa te brzmią niezwykle pobożnie  ale w rzeczywistości wypływają z pragnienia bycia jak Bóg, albo bycia jak człowiek, ale na specjalnych prawach wybrańca Bożego. Charakterystyczne dla takiej postawy jest to, że człowiek poucza wszystkich naokoło sam pozostając ślepym na swój własny grzech, na autentyczne poznanie siebie. Taki człowiek nie chce patrzeć na siebie, woli przyglądać się dokładnie innym. W Ewangelii św. Jana (Ewangelii, gdzie ścierają się ze sobą światło i ciemność!) znajdujemy opis uzdrowienia niewidomego od urodzenia (J 9, 1-12). Uzdrowienie dokonuje się, gdy Jezus pluje na ziemię, miesza ślinę z ziemią i nakłada błoto na oczy niewidomego tak, jakby chciał mu powiedzieć: zostałeś uczyniony z prochu ziemi, z błota. Pogódź się ze swoją ograniczonością, z tym, że jesteś kimś stworzonym, to znaczy właśnie człowiekiem (homini). Pogódź się ze swoją niemocą, a wtedy przejrzysz. Dopóki odrzucasz swoją kondycję bycia stworzonym z prochu ziemi (humus), dopóty nie będziesz mógł naprawdę widzieć.

4. Jak postępować w przypadku chorób duchowych?

Mówiąc o sposobie radzenia sobie z chorobami duszy, z demonami, które nas atakują trzeba podkreślić, że jesteśmy odpowiedzialni za swój stan duchowy. Nigdy nie jest tak, że Bóg dopuszcza pokusę bezcelowo, nie dając żadnej pomocy. Innymi słowy, nie odbiera wolności działania, wolności walki ze złym duchem. Można coś uczynić, coś zmienić.

Czas strapienia, czas ataku złego ducha może mieć różne przyczyny tak, jak to przypomina św. Ignacy:

Przyczyna pierwsza: Ponieważ jesteśmy oziębli, leniwi i niedbali w naszych ćwiczeniach duchownych; i tak z powodu naszych win oddala się od nas pocieszenie duchowe. Tu celem jest wezwanie do nawrócenia, do przemiany życia.

Przyczyna druga: [Bóg chce nas] wypróbować, na ile nas stać i jak daleko postąpimy w jego służbie i chwale bez takiego [odczuwanego] wsparcia pocieszeń i wielkich łask. Tu celem jest poddanie nas próbie, dla naszego dobra!

Przyczyna trzecia: [Bóg nam chce dać] prawdziwe poznanie, że nie w naszej mocy jest zdobyć i zatrzymać wielką pobożność, silną miłość, łzy czy też inne jakie pocieszenia duchowe, lecz że to wszystko jest darem i łaską Boga, Pana naszego, i żebyśmy nie panoszyli się w cudzym gnieździe, podnosząc się rozumem do jakiejś pychy czy próżnej chwały i przypisując sobie pobożność lub inne jakieś skutki pocieszenia (CD 322). Tu celem jest to, abyśmy zobaczyli, Kto jest źródłem wszelkiego dobra.

 

Jak leczyć choroby duchowe?

Ojcowie pustyni mówią o trzech praktykach ascetycznych: post, jałmużna i modlitwa. Odnoszą się one przede wszystkim do chorób związanych z naszymi apetytami: jedzeniem, seksualnością i chciwością na rzeczy. Są one równie ważne w leczeniu wspomnianych ośmiu chorób duchowych i chyba trochę  zarzucone w życiu Kościoła. Każda z chorób ma swój określony sposób leczenia. I tak w przypadku melancholii pustelnicy radzą, aby zwyciężać ją rezygnując z pragnień światowych, które odbierają człowiekowi pokój i wolność. Taką terapię duchową opisuje Psalm 131: Panie, moje serce się nie pyszni i oczy moje nie są wyniosłe. Nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę - tak we mnie jest moja dusza. Trzeba uwolnić się od tych spraw w świecie, które wywołują w nas melancholię i smutek, odbierają radość życia i wolność.

 

W dużej mierze dusza ludzka staje się chora, bo ulega złym myślom, pochodzącym od złego ducha. Walka z myślami, którą proponują ojcowie pustyni nie zawsze musi polegać na ich natychmiastowym odrzuceniu, jak to się często przyjmuje. Ilustruje to dobrze opowiadanie Abby Poimena:

Pewien brat przyszedł do Abby Poimena i powiedział: Ojcze, mam wiele myśli, które mnie nachodzą i czuję się przez nie zagrożony. Na to starzec wyprowadził go na zewnątrz i powiedział: Rozłóż swoją pelerynę i powstrzymaj wiatr, który wieje. Uczeń odpowiedział: Nie mogę. Starzec ciągnął dalej: Jeśli nie możesz powstrzymać wiatru, tym bardziej nie możesz powstrzymać myśli, które cię nachodzą.

 

To samo dzieje się z nami. Stąd też nie jesteśmy odpowiedzialni za myśli, które pojawiają się w naszej głowie. Jesteśmy jednak odpowiedzialni za to, co z nimi czynimy tak, jak to przypomina Katechizm: W uczuciach jako poruszeniach wrażliwości nie ma ani dobra, ani zła moralnego. W miarę jednak ich zależności od rozumu i od woli jest w nich dobro lub zło moralne (KKK 1773). I to stanowi właściwy obszar walki z myślami. Powinniśmy nauczyć się reagować na nie właściwie, tak, aby nas nie dominowały. Nie chodzi o to, by je stłumić, bo pojawią się w najmniej oczekiwanym momencie ze zdwojoną siłą. Trzeba się nauczyć je poznawać i widzieć, co z sobą niosą, do czego nas skłaniają – jeśli nie pojmiemy ich istoty a skupimy się na ich stłumieniu, wtedy niewiele zyskamy.

 

Oczywiście ta metoda nie sprawdza się, gdy są to myśli, które powracają kolejny raz, gdy są dobrze znane, gdy wiemy do czego nas skłaniają. W takim wypadku należy spokojnie przyjąć to, że się pojawiają, ale nie dawać im pożywki. Nie wchodzić w dialog z nimi. Często nie wiemy jaką metodę postępowania przyjąć: tu z pomocą przychodzi nam rozmowa np. z kierownikiem duchowym. W taki właśnie sposób postąpił św. Ignacy, gdy miał problemy ze skrupułami. Jego kierownik duchowy zabronił mu powracania do grzechów, które już raz wyznał na spowiedzi. Natrętne myśli ustały.

 

Kolejnym sposobem na radzenie sobie ze złymi duchami jest uświadomienie sobie, że w człowieku są zawsze dwa bieguny. Mówiąc przykładowo: jest nie tylko strach ale i zaufanie, jest nie tylko smutek, ale i optymizm, jest nie tylko agresja, ale i pokój, jest nie tylko słabość, ale i siła, itd. Gdy jesteśmy kuszeni wydaje nam się, że cali jesteśmy strachem, pożądaniem, niepokojem, smutkiem itd. Zwykliśmy utożsamiać się z tą częścią nas, która w danej chwili jest najbardziej aktywna emocjonalnie zapominając o przeciwstawnym biegunie, niewidocznym, a jednak obecnym. Dobrze jest w takich okresach uaktywniać ten przeciwny, ukryty biegun: gdy dominuje w nas np. strach, zapytajmy się tej odważnej części siebie, co ona ma nam do powiedzenia. Takie rozwiązanie odnajdujemy w Psalmie 42:

Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy, gdy mówią mi co dzień: Gdzie jest twój Bóg? – sytuacja smutku, przygnębienia.

Odpowiedzią psalmisty na przygnębienie jest przypomnienie sobie dobrych chwil spędzonych z Jahwe: Gdy wspominam o tym, rozrzewnia się dusza moja we mnie, ponieważ wstępowałem do przedziwnego namiotu, do domu Bożego, wśród głosów radości i dziękczynienia w świątecznym orszaku.

Psalmista uświadamia sobie, że lekarstwem na przygnębienie jest wspominanie dobrych chwil przeżytych z Jahwe: A we mnie samym dusza jest zgnębiona, przeto wspominam Cię z ziemi Jordanu i z ziemi Hermonu, i z góry Misar.

Ważne jest także to, aby nie podejmować walki z demonami samotnie. Trzeba nam mówić o tym, co czujemy, czego doświadczamy. Niestety dzisiejszy świat nie sprzyja takiemu bliskiemu, ufnemu kontaktowi z człowiekiem. Boimy się podzielić z innymi swoim życiem i rzeczywiście nie byłoby dobrze, gdybyśmy to, co mamy do powiedzenia osobie towarzyszącej mówili np. w sklepie. Będąc ludźmi potrzebujemy jednak głębokiego, intymnego kontaktu z drugim człowiekiem, otwarcia się przed drugim w atmosferze zaufania, nie bojąc się, że będziemy krytykowani. Nie o ocenę tu bowiem chodzi. Rozmowa z osobą towarzyszącą ma mi pomóc nazwać i zrozumieć myśli, które się we mnie pojawiają. W czasie takiej rozmowy dokonuje się to, co zauważył św. Ignacy: zły duch czmycha, gdy wychodzą na jaw jego niecne zamiary i strategie. Warto docenić możliwość dbania o duchowe zdrowie właśnie poprzez rozmowę z zaufaną i doświadczoną duchowo osobą.

5. Ewangelia jest Dobrą Nowiną!

Ewangelia to nadzieja zbawienia człowieka. Ewangelia nie jest nadzieją powszechnego potępienia jak mógłby myśleć człowiek skupiony na sobie, perfekcjonista, który chciałby rozwiązać samemu problem osobistego zła i zła świata. Ewangelia jest Dobrą Nowiną! Jestem grzesznikiem, to prawda, ale to nie cała prawda o mnie. Bo jest jeszcze prawda o Miłosiernym Ojcu, który czeka na mnie, wygląda mnie w każdej chwili mego życia, który autentycznie mnie kocha i szanuje pomimo bagażu zła, który na sobie niosę. Twoja miłość Panie jest większa niż całe zło! I jeśli w tej konferencji poświęciliśmy tyle miejsca działaniu złego ducha, to po to, by stać się mądrzejszymi i lepszymi, a nie po to, by pogrążać się w przekonaniu, że jesteśmy źli, że nic już dobrego nie możemy uczynić. Pamiętajmy, co mówią ojcowie pustyni: ażeby spowodować upadek człowieka, najlepiej jest doprowadzić go do utraty równowagi. Diabeł dobrze to wie, i dlatego jest to jeden z jego ulubionych sposobów prowadzenia nas do złego. Abba Pojmen powiedział: Wszelka przesada pochodzi od diabła. Ta przesada oznacza albo przekonanie o tym, że jesteśmy aniołami co prowadziłoby do pychy i idealizmu, albo przekonanie o tym, że jesteśmy diabłami, co prowadziłoby do poczucia beznadziei. Podczas gdy człowiek jest człowiekiem: ani diabłem, ani aniołem. I na tej drodze ma szukać zdrowia duszy czyli zbawienia.

1
Konferencja ta została oparta w dużej mierze na myślach zaczerpniętych z książki: A. Grün, Niebo zaczyna się w Tobie. Mądrość Ojców Pustyni na dzisiaj, Jedność, 2003.

2. F. Dostojewski, Bracia Karamazow, tłum. A. Wat, s. 62.

3 L. Regnault, Słowo Ojców pustyni na dzień dzisiejszy, Wyd. M, Kraków 1998, 48.

 Powrót do LEKTUR

CookiesAccept

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem