Powrót do LEKTUR

Powołanie osobiste

 o. Herbert Alphonso SJ.

 Podstawowym tematem Biblii jest „wezwanie po imieniu”. Nie czas na to, by wymieniać wiele bogatych tekstów, które o nim mówią. Najprostszy wniosek, jaki się nasuwa, to ten, że nie jestem dla Boga jednym z wielu w tłumie, nie jestem dla Niego numerem pewnej serii, kartką z katalogu, lecz kimś niepowtarzalnie jedynym, ponieważ Bóg „zwraca się do mnie po imieniu”. Rzeczywistość tę można by nazwać „tożsamością osobową” lub „osobistym ukierunkowaniem życia”, albo moim „najgłębszym i najprawdziwszym "ja"”. Idąc za Biblią, wolę jednak nazywać ją powołaniem osobistym. Smutne, że często zawężano termin „powołanie” jedynie do powołania kapłańskiego lub zakonnego; dziś coraz częściej – choć niechętnie – mówi się o „powołaniu do małżeństwa” czy o „powołaniu do życia w świecie”. Biblia nazywa powołaniem każde wezwanie Boże do pewnego ukierunkowania życia lub do specjalnej misji.

Istotę powołania osobistego lepiej może zilustruję, opowiadając jedno z moich osobistych doświadczeń.
Kilka lat temu odwiedził mnie jezuita w średnim wieku, który obecnie znajduje się już w lepszym świecie. Był moim przyjacielem, dlatego zaczął spontanicznie opowiadać mi o swym życiu osobistym. Wyznał, że nie modli się już od wielu lat. Nawet gdy klękał do modlitwy – a to zdarzało się bardzo rzadko – w rzeczywistości się nie modlił. Był obecny tylko ciałem, materialnie. Zauważyłem, że mówiąc mi o swych zaniedbaniach, czyni z nich pewną „idée fixe”. Zrozumiałem, że jeśli chcę mu pomóc, muszę przede wszystkim oderwać go od obsesyjnego myślenia o niedbalstwie, by mógł spojrzeć na nie z pewnej perspektywy. Z udaną zatem obojętnością rzekłem mu: „Nie modliłeś się od bardzo dawna. Powiedz mi, czy poczułeś się kiedykolwiek w swym życiu – tak spontanicznie – blisko Boga, bez rozumowania, lecz tak spontanicznie? Czy czułeś się kiedykolwiek w swym sercu pokrzepiony pod wpływem kontaktu z Bogiem, w jedności z Nim?” Zaledwie skończyłem, rzekł mi: „Oczywiście, zawsze gdy spoglądam wstecz na me życie i widzę, jak Bóg był dla mnie dobry, natychmiast odczuwam Jego bliskość, kontakt z Nim, jedność”. Zauważyłem, że się ożywił, że mówi z głębokim uczuciem i błyskiem w oczach. Przerwałem mu zatem i powiedziałem: „Po sposobie w jaki o tym mówisz, wydaje mi się, że przemawia do ciebie Boża dobroć. Czy zdarzyło ci się medytować nad nią? „Nigdy” – odpowiedział i zdziwiony moim pytaniem zaczął się bronić, mówiąc gniewliwie: „Zresztą, jak długo według ciebie, mogę medytować nad Bożą dobrocią?” Dawał mi tym do zrozumienia, że szybko by się zmęczył. Wysłuchałem uważnie tego, co mówił i spokojnie odpowiedziałem: „Przed chwilą powiedziałeś mi, że nigdy nie próbowałeś, dlaczego zatem nie spróbujesz, zanim powiesz, że cię to męczy?” „Dobrze” – powiedział i wyszedł z mojego pokoju.

Trzy tygodnie później wpadł do mnie jak burza, pełen entuzjazmu z powodu swojego odkrycia. Wiesz, Herbercie, nieustannie mogę medytować nad dobrocią Bożą”. Muszę wyznać szczerze, że przy poprzedniej jego wizycie trochę zezłościła mnie jego agresywna postawa i opór. Dlatego odpowiedziałem nieco cynicznie: „No dobrze, ale to zaledwie trzy tygodnie, może jeśli popróbujesz trochę dłużej, to zmęczysz się!” Zareagował w sposób bardzo widoczny: on, który z wielkim entuzjazmem mówił mi o swym odkryciu, że może ciągle medytować nad dobrocią Bożą, nagle zamilkł i wyszedł z mego pokoju. W jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, co się stało i powiedziałem sobie: „Boże mój, przecież straciłem go z powodu mego wyszukanego cynizmu!” Ale nawet jeśli ja nie byłem dla niego wtedy dobry, Bóg jest dobry.

Mimo że się tego zupełnie nie spodziewałem, jezuita ten ponownie do mnie przyszedł, tym razem nie po trzech tygodniach, ale po prawie pięciu miesiącach. Tym razem nie wpadł jak burza, ale wszedł prawie na palcach i powiedział z naciskiem, prawie szeptem: „Herbercie, ja naprawdę stale mogę kontemplować dobroć Boga”. Tym razem, pamiętając moje poprzednie zachowanie, zaprosiłem go: „Proszę niech Ojciec usiądzie”. Ze wzruszeniem zaczął mi opowiadać o tym wszystkim, co znaczy dla niego Boża dobroć. Jest ona tajemniczą podstawą jego modlitwy, jego apostolatu, wszystkich relacji we wspólnocie i poza nią, wypoczynku i rekreacji. Po wysłuchaniu jego opowieści, czułem się tak bardzo poruszony, że powiedziałem: „Mój drogi przyjacielu, odkryłeś swoje osobiste powołanie: dobroć Boga!”.
Ten szczególny przypadek pomoże mi lepiej opisać – na różnych płaszczyznach – prawdziwe znaczenie powołania osobistego; rzeczywistości tak bogatej i złożonej, że nie można jej objąć jednym spojrzeniem. Dlatego będziemy przyglądać się powołaniu osobistemu w jego różnych aspektach, czy też na różnych płaszczyznach.

Powołanie osobiste – tajemnicą jedności i integracji z sercem życia
Wszyscy, a w szczególności ci, którzy są zaangażowani w apostolstwo, pragniemy jedności i integracji życia. Prawdę mówiąc, najgłębsze wołanie serca, które w moim kierownictwie duchowym słyszę od ludzi zaangażowanych w apostolstwo, to krzyk o jedność i integrację: „Mam tyle do zrobienia w ciągu dnia, wieczorem jestem wyczerpany, roztrzęsiony, rozproszony. Tak bardzo chciałbym robić jedną rzecz, ale dobrze!” Czy nie jest jednak prawdą, że im więcej postępujemy w dojrzałości i doskonałości, tym bardziej stajemy się prości? Jest to prostota, która nie zuboża, ale ubogaca przez skoncentrowanie się na tym, co głębokie.

Tak naprawdę możemy czynić tylko jedno w głęboki sposób – tak jak spotkany przeze mnie jezuita. Sekretem jego modlitwy była „dobroć Boga”, ponieważ modlitwa nie polega na tym, że dajemy coś Bogu (my nie możemy dać Mu niczego!), ale jest przede wszystkim otwarciem swego serca, tak aby Bóg mógł dać nam samego siebie. A gdzie nasze serce otworzy się bardziej, jeśli nie w głębi naszego istnienia, tam gdzie jesteśmy najbardziej wrażliwi, najbardziej prawdziwi, gdzie każdy z nas jest kimś jedynym w swoim rodzaju? Tajemnicą apostolatu wspomnianego jezuity, jego relacji, rozrywek i rekreacji także była „dobroć Boża”, ponieważ w tych wszystkich sprawach – jak sam mówił – nie miał nic innego do zrobienia, jak być dobrym dla innych. „Dobroć Boża” do tego stopnia wypełniła jego serce i całe istnienie, że widział w niej jedyny cel swego życia. Stała się ona dla niego zadaniem, by być przekaźnikiem „dobroci Bożej” wobec innych, zarówno w apostolacie jak i w relacjach z innymi, w czasie rekreacji i odpoczynku. Jego powołanie osobiste, „dobroć Boża”, stało się dla niego rzeczywiście tajemnicą jedności i integracji całego życia.

Mógłby ktoś zapytać, jak „dobroć Boża” może być niepowtarzalnie jedyna. Wydaje się, że jest ona czymś bardzo ogólnym. To prawda, bo jeśli sięgniemy do Biblii, znajdziemy „dobroć Bożą” na każdej niemal stronie. Pozwólcie mi posłużyć się tutaj obrazem: jeśli ja otwieram Biblię i znajduję wyrażenie „dobroć Boża”, oczywiście dostrzegam wagę tych słów, ale wśród innych równie ważnych. Inaczej w przypadku wspomnianego jezuity: kiedy otwierał Biblię i jego wzrok padał na słowa „dobroć Boża”, nie wydawały mu się one tylko czymś ważnym, lecz ich znaczenie paliło jak ogień, były one dla niego „duchem i życiem” (zob. J 6,63).

Istnieje również głęboka racja psychologiczna, która pozwala nam zrozumieć, w jaki sposób zwrot „dobroć Boża” może stać się dla kogoś czymś niepowtarzalnym. Jeśli kiedyś zdarzyło nam się rozmawiać z kimś bliskim o swych głębokich doświadczeniach osobistych, to wiemy, że dochodzi się do pewnego punktu, w którym nie da się już nic więcej powiedzieć. Musimy po prostu poddać się, mówiąc: przykro mi, nie jestem w stanie przekazać ci tego, czego doświadczyłem. Jeśli nie pytasz mnie o to – wiem, jeśli zaś pytasz – nie wiem! Ponieważ „persona est ineffabilis, persona est incommunicabilis” (to co jest najbardziej osobiste, jest niewyrażalne, to co najbardziej osobiste jest nieprzekazywalne). Poznanie osobiste, albo jak nieustannie powtarza św. Ignacy w Ćwiczeniach, „poznanie wewnętrzne”, nie jest czymś pojęciowym, ale dokonuje się w sercu. Słowami można wyrazić tylko to, co da się ująć w pojęcia. Dlatego, gdy dzielimy się głębokim doświadczeniem osobistym, możemy je opisać tylko w przybliżeniu, posługując się ubogimi ludzkimi słowami. Nie dziwmy się więc, że kiedy staramy się sformułować to, co odkryliśmy jako swoją niepowtarzalność daną nam przez Boga – tzn. najgłębsze doświadczenie osobiste – posługujemy się ludzkimi, nieadekwatnymi słowami, które brzmią bardzo stereotypowo. Nie oddają one zupełnie tego, co istnieje w naszej głębi, naszego najbardziej wewnętrznego i prawdziwego „ja”, naszej niepowtarzalnej „jedyności”.

Moje osobiste doświadczenie pomagania ludziom w odkryciu ich powołania osobistego w całości to potwierdza. Niektóre z tych osób wspaniałomyślnie pozwoliły mi zacytować słowa, które stały się dla nich osobistym powołaniem. Oto kilka z nich: „Ja jestem z tobą”; „Miłość jest cierpliwa”; „Miłość, która przebacza”; „bezwarunkowa akceptacja”; „trwaj w Mojej miłości”; „po prostu dar”; „tylko On zawsze tam może” (słowem kluczowym w tym przypadku jest: „tam” – określenie głęboko osobiste dla zainteresowanego).

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że powołanie osobiste Jezusa – Boga, który stał się człowiekiem, wyraża się w słowie „Abba”, które zamyka w sobie całe Jego życie i misję. Jest to wołanie, które można usłyszeć w całej Ewangelii (przeczytaj np. J 5-10, aby dostrzec jedyny argument, jakim posługuje się Jezus w swych dyskusjach z uczonymi w Piśmie i faryzeuszami; Łk 10,21, by zobaczyć Jego reakcję w chwili radosnego pocieszenia oraz Łk 22,39nn w głębokim strapieniu; Jezus zawsze powtarza: „Abba”!). Wszystkie przytoczone wyżej powołania osobiste, także „Abba” Jezusa, wydają się bardzo ogólne. Również my możemy mówić „Abba”, ponieważ Jezus podzielił się z nami tym słowem. Dla Jezusa jednak „Abba” było czymś bardzo osobistym i jedynym, zupełnie różnym od tego, co słowo to znaczy dla nas. Cień tej niepowtarzalności i jedyności możemy dostrzec w Ewangelii. Tak więc wyrażenie w słowach powołania osobistego wydaje się być  – dla tych, którzy tego słuchają lub o tym czytają – czymś bardzo ogólnym. Dla człowieka jednak, który odkrywa swoje osobiste powołanie jest ono czymś absolutnie niepowtarzalnym.

Nie ma zatem nic dziwnego, że wiele osób wyraża swe osobiste powołanie tymi samymi nieudolnymi ludzkim słowami, np. „jestem z tobą”. Słowa te jednak mają dla poszczególnych osób absolutnie niepowtarzalne znaczenie. Nauczyłem się tego w mojej posłudze kierownictwa duchowego. Dane mi jest namacalnie doświadczać owej szczególnej jedyności wyrastającej z osobistego doświadczenia osoby i jej sposobu życia.

Powołanie osobiste – jedynym sensem życia danym przez Boga

Mniej więcej na półtora roku przed otrzymaniem łaski rozeznania swego osobistego powołania, przeczytałem po raz pierwszy książkę Wiktora Frankla: „Człowiek w poszukiwaniu swojego sensu”. W czasie lektury czułem się niezwykle zaskoczony: coś współbrzmiało w mej głębi z tym wszystkim, czym dzielił się Frankl. Powtarzałem sobie z radością: „Wydaje mi się, że rozumiem, co autor chce powiedzieć”. W książce Frankl opowiada, jak doszedł do odkrycia nowej szkoły psychoterapii – „logoterapii”. Dokonało się to w czasie pobytu w niemieckim obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Opisuje, jak obserwując wprawnym okiem lekarza swych obozowych towarzyszy, zaczął uświadamiać sobie, że słabli oni i umierali fizycznie, ponieważ przede wszystkim niszczeli i umierali psychicznie: nie widzieli już „sensu” życia, nie reagowali, pozwalając się zniszczyć sytuacji. Rozmawiając z nimi przypadkowo, Franki bardzo dyskretnie zaczął pytać ich o „wartości” dominujące w ich życiu. Następnie w sposób bardzo naturalny i dyskretny zaczął wprowadzać te „wartości” w życie poszczególnych współwięźniów. Spostrzegł ku swemu zdziwieniu – w książce przytacza kilka przypadków – że ci sami jego towarzysze, którzy poddawali się biernie obozowej sytuacji, niespodziewanie ożywali i potrafili przetrzymać tortury, różne doświadczenia i cierpienia panujące w obozie. Dokonywało się to dzięki „wartości” czy „wartościom”, które Frankl ponownie im ukazał i które przyjęli osobiście. W ten sposób odkrył, a później rozwinął swoją „logoterapię” – tzn. uzdrawianie osób (= „terapia”) poprzez nadawanie sensu (= „logos”) ich życiu. Należy tu dodać, że słowo „logos” znaczy przede wszystkim „sens” (znaczenie, treść) a dopiero później „słowo”.

Czytając, a praktycznie pochłaniając książkę Frankla, zrozumiałem, że pozostając na płaszczyźnie psychologicznej, mówił on o jednym z wielu „sensów”, które mogą istnieć w życiu danego człowieka. Zdałem sobie sprawę, że to, czego doświadczyłem od Boga na płaszczyźnie duchowej, nie jest jednym z wielu możliwych sensów, lecz jedynym sensem nadanym przez Boga życiu konkretnej osoby. Ponieważ studiowałem obie dziedziny – psychologię i duchowość – sądzę i coraz bardziej się o tym przekonuję, że tych dwu dyscyplin, które zajmują się dwoma zupełnie odmiennymi światami, nie można rozdzielać. Łączą się one ze sobą wewnętrznie i organicznie jak natura z łaską. Mówienie o tym, że duchowość jest wyższą albo głębszą (w zależności od punktu widzenia), płaszczyzną psychologii, to tylko pewien sposób wyrażania się.

Istnieje ścisły i głęboki związek między ukazanymi wyżej dwoma aspektami powołania osobistego. Powołanie osobiste jest tajemnicą zjednoczenia i zintegrowania w sercu całego swego życia, ponieważ jest jedynym sensem w życiu danym nam przez Boga. Nic tak nie jednoczy i nie pomaga w zintegrowaniu siebie jak „sens”: spontanicznie uwalniamy się od tego, co nie ma sensu, a coraz bardziej uwewnętrzniamy i przyswajamy sobie to, co go posiada.

Dla wyjaśnienia tego spostrzeżenia podam pewien przykład. Kiedy psychologia była jeszcze mało znana, mówiło się o „rozwiązywaniu” problemów życiowych. Posłużę się pewnym obrazem: to tak jakby wziąć nożyczki, „uciąć” problem i go wyrzucić. Teraz już nie mówimy w taki sposób. Wiem, że nie mogę pozbawić się jakiejś części mojej historii. To, co było „problemem” w moim życiu pozostanie na zawsze częścią mnie samego. Jeśli nie stanowi już więcej „problemu”, to nie dlatego że przestało być cząstką mnie samego i mojej historii. Mówimy, że coś nie jest już problemem – zwróćmy uwagę na poprawność używanego języka – ponieważ „znalazło swoje miejsce w moim życiu”, ponieważ „jest sensowne”, „pełne znaczenia”, ponieważ „zostało zintegrowane”. Było problemem, ponieważ wydawało się bardzo ostre, teraz zostało wygładzone i zintegrowane z moim życiem.

Powołanie osobiste – perspektywy chrystologiczne
Patrząc obiektywnie, nikt nie otrzymuje powołania od Boga inaczej, jak tylko w osobie Jezusa Chrystusa i nikt nie może odpowiedzieć na wezwanie Boże inaczej, jak tylko w osobie Jezusa Chrystusa. Tylko w ten sposób można wyrazić biblijną prawdę o fundamentalnej i jedynej mediacji Chrystusa: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, Człowiek, Chrystus Jezus” (l Tm 2,5).
Wszystkie powołania zawierają się w osobie Jezusa Chrystusa; Jego osobowość jest tak nieskończenie bogata, że obejmuje wszystkie wezwania i powołania. Powołanie osobiste każdego z nas może być tylko powołaniem w Jezusie Chrystusie. Znaczy to, że w naszym powołaniu odzwierciedla się osobowość Jezusa Chrystusa, Jego oblicze, które jest niepowtarzalne dla każdego z nas, tak że każdy może prawdziwie mówić o „swoim Jezusie” – nie tylko w znaczeniu „pobożnościowym”, ale głęboko teologicznym i doktrynalnym.

Takie rozumienie rozwija też w sposób znaczący teologia chrztu. Zdanie z Nowego Testamentu: „być ochrzczonym w Jezusie Chrystusie” (= baptizein eis Christon lesoun, zob. Rz 6,3) poucza nas, że każdy został „zanurzony” (= baptizein) w Chrystusa Jezusa, czyli w misterium. Tak więc, w chrzcie każdy z nas „przyjmuje” czy „przyobleka się” w Jezusa Chrystusa w sposób jedyny i osobisty. Ojciec, który nie może mieć upodobania w nikim innym jak tylko w swoim Synu, Jezusie, rozpoznaje „oblicze” Jezusa w każdym z nas i mówi: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (por. Mk 1,11). Całe życie chrześcijańskie, można by powiedzieć: droga wytyczona przez Boga, jest „przyoblekaniem się” w jedynego i „osobistego” Jezusa, aż do osiągnięcia dojrzałości. Bożym zamysłem wobec każdego z nas jest to, abyśmy „stali się na wzór obrazu Jego Syna” (Rz 8,29) i „wszyscy doszli... do człowieka doskonałego, do miary wielkości według pełni Chrystusa” (Ef 4,13). Ma się to dokonać nie tylko w znaczeniu ogólnym, lecz w sposób głęboko osobisty i niepowtarzalny dla każdego.

Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że powołanie osobiste nie jest jedynie abstrakcyjnym ideałem osobistym, lecz osobą – niepowtarzalną osobą samego Jezusa Chrystusa. I dlatego mogę naprawdę powiedzieć „mój Jezus”, przemieniając w ten sposób całe moje życie chrześcijańskie w to, czego zawsze mnie uczono, ale nigdy nie ukazano w praktyce. Chodzi o ciągle rosnącą i pogłębiającą się więź miłości z Jezusem Chrystusem, która wpływałaby na moje posługi w społeczeństwie oraz obowiązki mojego życia i świadectwa chrześcijańskiego.
Powróćmy do historii naszego jezuity, który odnalazł swoje powołanie osobiste w „dobroci Boga”. Kim był jego Jezus Chrystus? Był to dobry Jezus z przypowieści o dobrym samarytaninie, z przypowieści o dobrym pasterzu lub też Jezus, o którym mówią Dzieje Apostolskie, podsumowując całe Jego życie i misję: „przeszedł czyniąc dobrze” (Dz 10,38).

Możemy teraz zobaczyć głębiej, dlaczego powołanie osobiste jest jedynym sensem w życiu osoby, danym jej przez samego Boga. Jest tak, ponieważ dla Boga Ojca nie ma innego „sensu” poza Jezusem Chrystusem: Jezus Chrystus jest „logosem” Ojca – „logos” zaś – jak powiedzieliśmy – znaczy przede wszystkim „sens”. We wspaniałym hymnie o wymiarach kosmicznych, św. Paweł głosi, że wszystko zostało stworzone w Chrystusie, przez Chrystusa i dla Chrystusa; że wszystko zostało na nowo stworzone, odnowione i pojednane w Chrystusie, przez Chrystusa i dla Chrystusa (Kol 1,12-20). Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą wszelkiego stworzenia i całego nowego stworzenia; jest jedynym „sensem”, jaki istnieje dla Ojca.

Trzy omówione punkty, które wybrałem, aby ukazać piękno i głębię powołania osobistego, są ze sobą wewnętrznie powiązane i spójne. Jak widzieliśmy, powołanie osobiste jest najgłębszym sekretem jedności i integracji w sercu życia, ponieważ jest jedynym sensem życia danym nam przez Boga; i ponadto, jest jedynym sensem, który dosłownie zostaje nam dany przez Boga, ponieważ jest dla każdego „osobistym” Jezusem. Dla Ojca nic nie ma znaczenia poza Jezusem Chrystusem.

Wnioski pomagające w zrozumieniu powołania osobistego.


Z tego wszystkiego, co powiedzieliśmy dotąd, wynika, że powołanie osobiste nie jest tego samego rodzaju co inne powołania ułożone hierarchicznie. Jeśli weźmiemy, na przykład grupę dziesięciu kapłanów jezuitów, u każdego z nich występują cztery poziomy powołania, ułożone hierarchicznie: powołanie chrześcijańskie, kapłańskie, zakonne i jezuickie. Powołanie osobiste każdego z nich nie jest jednak piątym poziomem powołania ustawionego hierarchicznie. Jest raczej duchem ożywiającym każdy z czterech wymienionych wyżej poziomów, ułożonych hierarchicznie. Innymi słowy, każdy z dziesięciu jezuitów posiada swój osobisty sposób bycia chrześcijaninem, kapłanem, zakonnikiem i jezuitą. Spójrzmy na to, co Nowy Testament tak często i z mocą mówi na temat cechy wyróżniającej „bycie chrześcijaninem”, będącej typowym kryterium rozpoznania „chrześcijanina”. Jest nią oddanie się i wyrzeczenie się siebie, albo – jak zwykle mówimy – „krzyż” w jego sensie teologicznym i duchowym. Tak więc, w swoim powołaniu osobistym, każdy z nas ma swój własny i niepowtarzalny sposób oddania się i wyrzeczenia się siebie w jakiejkolwiek sytuacji życiowej. Nie może nam tu umknąć pytanie, jak zastosować te treści do głębokiej przemiany życia.

Następną sprawą, którą trzeba sobie jasno uświadomić jest to, że powołanie osobiste nie leży na płaszczyźnie działania czy posług, lecz na płaszczyźnie istnienia. Nie jest dobrze, że wiele osób pojmuje słowo „powołanie” w terminach odnoszących się do czystego działania czy pracy. Każde działanie czy posługa  – wcześniej lub później – musi przejść kryzys; wynika to z samej natury działania czy pracy. Jeśli więc pojmuję „powołanie” tylko w terminach działania czy posługi i znajdę się w kryzysie, a nie posiadam żadnego oparcia dla swojego „istnienia”, mój kryzys jest totalny. Niestety, taki kryzys dotyka wielu ludzi. Jeśli natomiast w przeżywanym kryzysie mogę znaleźć oparcie w moim „istnieniu”, które otrzymałem jako dar w postaci powołania osobistego, nie muszę się obawiać. Mogę nie tylko pokonać kryzys, ale „zintegrować go”, dzięki głęboko osobistemu „sensowi” dotyczącemu poziomu istnienia, który mogę odnaleźć w przeżywanym właśnie kryzysie. Wszelkie działanie wynika z istnienia.

Myślę, że nie będzie źle, jeśli zwrócę uwagę na znaczące konsekwencje tego, co przed chwilą powiedziałem, dla duchowości apostolskiej. Wszyscy wiemy, że „dyspozycyjność w misji” jest jednym ze znaków wyróżniających prawdziwą duchowość apostolską. Jeśli rzeczywiście „sens” mojego życia leży znacznie głębiej i jest zakorzeniony w płaszczyźnie „istnienia”, a nie w płaszczyźnie „działania”, to mogę odnaleźć głęboki „sens” w każdej pracy powierzonej mi jako „misja”. Nie znaczy to, że nie rozmawiam z prawowitą władzą na temat moich talentów, zdolności, mojego doświadczenia, a także braków w moim charakterze i temperamencie, ale w ostatecznej analizie, po takim ufnym dialogu, jestem naprawdę „dyspozycyjny wobec misji”, stosownie do naglących potrzeb i dla większej służby apostolskiej.

o. Herbert Alphonso SJ

O. Herbert Alphonso, jezuita, urodzony w Indiach. Teolog, wykładowca na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, kierownik duchowy, rekolekcjonista. Autor publikacji z zakresu duchowości.

Powyższy artykuł jest fragmentem zaczerpniętym z: Herbert Alphonso SJ, Powołanie osobiste w: „Zeszyty Ignacjańskie” nr 5, 1993 wydawanych przez Ignacjańskie Centrum Formacji Duchowej w Gdyni – www.icfd.pl

Powrót do LEKTUR

CookiesAccept

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem